OLBRZYMI SUKCES!!! szewc bez korony chodzi.. dawajcie tu te najlepsze ligi.. pornografia przecież nie będzie wiecznie trwać.. chyba dalej już nie pojedziemy.. bij starszych.. nareszcie promocja, na którą czekałem.. tak naprawdę to cię nie nienawidzę przecież.. jesteśmy stworzeni dla siebie.. wiedziałem od razu, że będzie pięknie, ale chciałem, żeby była niespodzianka.. i umrze pan w tej głupiej czapce, zadowolony pan?.. jabol pank.. rastafaraje mamią.. nie jestem z wami, nie jestem z nikim.. nie zapomnij parasolki.. drań, ale słodki przecież.. mówiły jaskółki.. panie, uchowaj nas od Massive Attack.. Bóg cię kocha, no ale co mógł zrobić.. pamiętaj, że mam na kolanach czechosłowacki rewolwer.. a co ty zrobiłeś dla legalizacji?.. za talon na hokejówki lub amerykański opiekacz.. a czemu nic nie widać? a bo to hedlajstsy są, żegnaj.. śluski kląskie.. rost Mota Groweckiego, mutbol fenedżer, Peep Durtle i Zed Leppelin.. no i dobranoc, aniele.. mogę cię zjeść?.. Madonna, Sean i ja.. wstrętni są ci mężczyźni, niech mi wreszcie z oczu zginą.. bolilol!.. czemu tak pada? bo jest jesień, matołku.. raz na wozie, sześćdziesiąt razy pod wozem.. nie szkodzi, dostaniemy ich, gdy będą spali.. dlaczego parówki pakowane są po dziesięć, a hot dogi po pięć w paczce?.. i chuj na grób wiadomo komu..
Blog > Komentarze do wpisu
przyszłość jest niezapisana

Toczy się życie, mianowicie. Normalne dylematy. "Czy jesteście gotowi? Jesteśmy gotowi". Wydaje się, że niektórych rzeczy nie warto robić, choć chciałoby się, nie warto wracać, udawać. Lepiej na swej drodze spotkać kogoś mądrego? Czy wampiryzm to twoja ulubiona konkurencja, dziecinko? Zawsze byłem z frakcji tych, którzy się dają, nie szemrają, mimo że nie lubię, kiedy ktoś chce, żebym po nim sprzątał. Czy to już czas na zmiany? Dziwne uczucie, twarze te same, ale nie może już być tak samo.

W niedzielę były wybory, miałem pracę prawie do trzeciej, czyli to daje nam ze dwanaście godzin, ale dzień wcześniej nie omieszkałem być na ślubie koleżanki, a później oglądać meczu w świetnym towarzystwie i następnie błądzić po mieście do rana. Do domu dotarłem o 4.30 i zdążyłem obejrzeć wychodzenie zza drzew osiedla słońca w postaci czerwonej kuli.

Były pewne zbiegi.

Podczas nocnych debat o polityce i znajomych zeszło nam na tego naszego nieszczęsnego artystę pisowca i sposoby, jak go uratować. Uświadomiono mi, że on uważa mnie za straconego i dlatego traktuje trochę pobłażliwie i nigdy nie będzie rozmawiał ze mną o tym, dlaczego jest fanatykiem teorii spiskowych itd. Po krótkim śnie i zjedzeniu śniadania spotkałem go w drodze na wybory, szliśmy każdy do swojej komisji. Naprzeciw siebie. Nie powiedział słowa o polityce, mówił o Gdańsku, rodzinie, dzieciach.

Koleżanka z kolegą na ślub zażyczyli zamiast kwiatów książki. Spędzało mi to sen z powiek przez dobry tydzień, zwłaszcza dedykacja. Po krótkich rozmyślaniach na temat ciężkostrawnej klasyki zdecydowałem, że powinienem kupić coś przede wszystkim bardzo ważnego dla mnie. Przy okazji może też być docenione przez tzw. autorytety, to nie wyjdę na chłoporobotnika. Którym jestem. Nie mogę odtwarzać toku myślenia, bo może zajrzy tu ktoś, komu kiedyś będę chciał kupić jakiś prezent, i w tej sytuacji lipa wisi w powietrzu. Prezenty muszą zaskakiwać. Wybrałem "Dziennik" Gombrowicza, jest teraz całkiem dobre wydanie, dedykacja moim zdaniem musiała być najlepszą ze wszystkich dedykacji, które dostali tego dnia, a nie było ich mało. Po wyjściu z wyborów udałem się na autobus do pracy, dwa przystanki dalej wsiadł na oko dresiarz-ekshiphopowiec. Uosobienie Jelonek, bluza od dresu, skacowane spojrzenie, wystająca dolna warga, uszy małe, ale samolociarskie. Gdyby wybielić trochę Paula Pierce'a, mielibyśmy tego gościa jak malowanie. Usiadł parę miejsc ode mnie i otworzył "Dziennik" Gombrowicza.

Ostatnia rzecz, poznałem w zeszłym tygodniu świetną dziewczynę, rozmawialiśmy później trochę przez internet, bo zainteresowała się Morrisseyem, którego słuchaliśmy na wyjeździe. Od Morrisseya dotarła do Smiths i Clash. Co ja mam więcej mówić, żeby to każdemu chciało się tak szukać i udawało się znaleźć to, co najciekawsze.

Wczoraj oglądaliśmy film "500 dni miłości", a dwa dni wcześniej francuską komedię z czworokątem w tytule. Typowo allenowski, jedna z kobiet była Mią Farrow, druga tą ciemną. Muzyka identyczna. Przyjemne. Oba filmy mają przełożenie na moje myśli o jednej koleżance, oglądałem je więc z zainteresowaniem i, kurka, śmiechem też. A po tym francuskim filmie był na Canal+ dokument o Strummerze "Future Is Unwritten", który widzieliśmy pewnego lipca w Muranowie razem ze znajomymi, którzy mieli rocznicę parę dni temu. Strummer kilka godzin po rozmowie o The Clash.

Wszystko robi koło, ale za każdym razem inne koło.

czwartek, 24 czerwca 2010, kurious_oranj
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/06/24 14:08:52
no i dobrze, że zatacza inne...inaczej byłoby coś na kształt Dnia świstaka a tego przecież nie chcemy- no i fajnie Cię poczytać:)
-
2010/06/25 11:09:23
500 days of summer jest straszliwie smutny w moim odczuciu. taki - wsazystko sie skonczy, wszystko nawet najlepsze. mile zlego poczatki, ze ponownie Ci odpowiem. przygnebiajace - bo jak to, zawsze jest tak samo?
-
2010/06/25 14:06:25
że się kończy, to żadna nowość. że człowiek zauroczony kłamie i myśli, że jakoś to będzie - to też stare. to "najlepsze" zawsze jest dwiema zupełnie różnymi rzeczami dla dwojga osób. kwestia jak długo trwa samo z siebie, a co trzeba robić i ile czego dać z siebie, żeby się utrzymało, rozwinęło.. jeśli się nie wyciąga wniosków, to jest tak samo. film wskazuje jednak, że można wyciągnąć wnioski :)
a są te same co zwykle: nie żyć złudzeniami. nie siedzieć i nie płakać. patrzeć wokół i nie bać się. trudne, ale do zrobienia. raczej.
-
2010/06/25 15:14:25
Halo! Nie wszyscy czytelnicy oglądali dyskutowany film, najwyżej coś tam czytali - ale niekoniecznie zakończenie. Dobra, na pewno zapomnę zanim dodadzą do jakiejś "Pani Domu" :)

Nagła sprawność korporacyjnych trybów wrabia mnie w jutrzejszą pracę, a przecież ja na ogół pracuję w trybie poniedziałko-piątkowym. Myślę nad wybiegiem obronnym, bo akurat jutro bardzo nie chcę.

Pięć lat temu w Łodzi, w piątek gdzieś pomiędzy majem i czerwcem wsiadłem do tramwaju i miałem perspektywę na personifikację sławnego osiedla Widzew, w tym stylu właśnie. A za przystanek ktoś wysiadł i okazało się, że gość tuli do siebie dzieciaka i nie jest zjaranym dresem, tylko zmęczonym ojcem (wątków książkowych w opowieści brak, za to pisałem tym dniem list do kobiety, z którą pozbyliśmy się wkrótce złudzeń).

Camus w dziennikach z Ameryki Łacińskiej pisał o Murzynach-wieśniakach, o ich rytualnych zabawach, transach, że sam siebie musiał temperować, żeby ich zbytnio nie idealizować właśnie przez rozreklamowaną, pierwotną murzyńską uczciwość, dobroć. Że niby tak powinno być. Sam musiał się otrząsnąć z transu, bo oni właściwie ani ładni, ani brzydcy, zwykli jak wszyscy. Takie skojarzenie, fajnie, że komunikacja czasem złamie rozreklamowany schemat dresiarza w ładniejszą stronę.
-
2010/06/27 12:47:35
weź z biblioteki :)
Z Camusem słuszna uwaga, dzięki że tu jesteś.
-
2010/06/27 18:41:29
SE: spokojnie, film zaczyna sie od konca :)