OLBRZYMI SUKCES!!! szewc bez korony chodzi.. dawajcie tu te najlepsze ligi.. pornografia przecież nie będzie wiecznie trwać.. chyba dalej już nie pojedziemy.. bij starszych.. nareszcie promocja, na którą czekałem.. tak naprawdę to cię nie nienawidzę przecież.. jesteśmy stworzeni dla siebie.. wiedziałem od razu, że będzie pięknie, ale chciałem, żeby była niespodzianka.. i umrze pan w tej głupiej czapce, zadowolony pan?.. jabol pank.. rastafaraje mamią.. nie jestem z wami, nie jestem z nikim.. nie zapomnij parasolki.. drań, ale słodki przecież.. mówiły jaskółki.. panie, uchowaj nas od Massive Attack.. Bóg cię kocha, no ale co mógł zrobić.. pamiętaj, że mam na kolanach czechosłowacki rewolwer.. a co ty zrobiłeś dla legalizacji?.. za talon na hokejówki lub amerykański opiekacz.. a czemu nic nie widać? a bo to hedlajstsy są, żegnaj.. śluski kląskie.. rost Mota Groweckiego, mutbol fenedżer, Peep Durtle i Zed Leppelin.. no i dobranoc, aniele.. mogę cię zjeść?.. Madonna, Sean i ja.. wstrętni są ci mężczyźni, niech mi wreszcie z oczu zginą.. bolilol!.. czemu tak pada? bo jest jesień, matołku.. raz na wozie, sześćdziesiąt razy pod wozem.. nie szkodzi, dostaniemy ich, gdy będą spali.. dlaczego parówki pakowane są po dziesięć, a hot dogi po pięć w paczce?.. i chuj na grób wiadomo komu..
Blog > Komentarze do wpisu
Tribute

Jestem już w środku świąt, bo w niedzielę muszę jechać do pracy. Przypomniano mi wczoraj zeszłoroczny cykl dniówek. Dopiero jak wczoraj tu zajrzałem (no niezupełnie tu, bo teraz piszę z mejla), zorientowałem się, że to już rok, i że to się zamknęło z końcem 2009. Ten cykl. Zobaczyłem jeszcze raz sporo fajnych rzeczy, zwłaszcza ten link do piosenki z filmu z Julią Roberts. Oraz wspomnienie kobiety myjącej okna na robotniczej Woli w przeddzień Wigilii, w przednoc. Zapomniałem o niej zupełnie, ale trafiłem akurat na to zdanie i okazało się, że pamiętam kolor światła i kształt jej cienia. Chyba trzeba więcej pisać, ale mniej bzdur. Może też piszę teraz dlatego, że dostałem dziś netową kartkę od jednej koleżanki z blogów, sms-owe życzenia od innej też poznanej przez ten cały system i mejla od trzeciej, z którą równie fajnie nam się spotykało i która tu zawsze była. A ogólnie ludzie słabo dziś piszą, na szczęście, więc moje odpisywanie im było szczere i miłe.

Mam więc te święta, wskutek presji ciotki obejrzałem wieczorne wiadomości na każdym z głównych kanałów i w TVP zobaczyłem moją koleżankę z roku, zajmuje się teraz bardzo ważnymi sprawami, pracuje w Itace i szuka ludzi. To było u rodziców, zawsze tam się spotykamy w święta. Wróciłem do domu i znalazłem jakieś spamowe życzenia na fb, i wśród spamowanych osób była też ona właśnie, jakiś kompletny przypadek, nie wiedziałem, że używa fb, że ma tam profil. Jest świetna, tzn. była, gdy ją znałem, a znałem strasznie słabo, bo to latawiec był, a ja jeszcze mniej niż teraz. Dość mocna, skrzecząca, konsekwentna, przewrotna i, jak się okazało pod koniec, zorganizowana. Oboje byliśmy wśród trzech osób, które złożyły egzamin magisterski jako pierwsze i jedyne w sesji letniej. Pewnie ktoś się jeszcze wyrobił na wrzesień, my byliśmy w czerwcu. Prawie nic nie pamiętam z tego dnia, poza wnętrzem kwiaciarni i kawą z moją przyjaciółką we W Biegu Cafe przy dawnym kinie Moskwa. To by znaczyło, że przyjaciółka nie była trzecią osobą, która zdała tego dnia.

To nie było jeszcze wszystko o tym myciu okna w przedostatniej chwili, miałem się odnieść do tego w ten sposób, że sam dziś spędziłem kawał czasu przez pójściem do rodziców na wigilię na pakowaniu prezentów, odkurzaniu i myciu kibla. Oczywiście nie starczyło świątecznego papieru do pakowania. Byłem też dziś w lokalnym sklepie trzy razy, w tym środkowy bez pieniędzy. A na koniec okazało się, że była to chyba najlepsza wigilia, jaką u nas pamiętam, żadnej awantury, trochę przekomarzania się w sprawach bieżących, ale ogólnie elegancja i szyk. Siostra i ciotka w siódmym niebie, trafił swój na swego. Dwa dni po osiem godzin spędziły na zakupach, pierwsza zadowolona, że ma zajebiste rzeczy, część z nich bardzo tania, a druga zachwycona, że wreszcie trafiła z prezentami. Wiem nawet, że jeden z zamówionych prezentów kupił dla mnie (przez internet) ojciec, więc naprawdę było wyjątkowo.

I pierwszy raz sam podrzuciłem pod choinkę prezent dla siebie. Nawet go podpisałem.

Jest w tym wszystkim coś z pękania serca, w życzeniach, w uważniejszym spojrzeniu na siebie, w tym - miejmy nadzieję - zwolnieniu tempa, potrzebnym. Dostaję życzenia od osób niezupełnie mi najbliższych, już takie trochę noworoczne, żeby było w ogóle cudownie i tak dalej... Przychodzą mi do myśli dwie sytuacje z roku 2010, które były najwspanialsze. Sytuacja nr 1. Połowa lipca, piątek, zapraszamy znajomych na obejrzenie jakiegoś filmu Spike'a Lee, ma się rozstrzygnąć później, jakiego - zobaczymy, kto przyjdzie. Panują potworne upały, prawdopodobnie jest to najgorętszy i najbardziej parny dzień roku. K w zaawansowanej ciąży, jakby ostatnie chwile łażenia gdzie popadnie. S i B jadący do nas z jakiejś imprezy, z pewnością też R, chyba bez B, prawdopodobnie T, chociaż nie pamiętam go z tego dnia. W każdym razie jakieś ogromne tłumy na tej nie za dużej kanapie, przed kineskopowym LG, i moment, w którym głosujemy, bo mamy nowe informacje na temat dzisiejszej ramówki. Zremasterowani "Krzyżacy" w TVP czy Spike z divxa? J bardzo prosi o "Krzyżaków", chciałby zobaczyć scenę bitwy pod Grunwaldem. Po dyskusjach ulegamy. Oglądamy prawie od początku, ten film leci ciurkiem od 20 do 24, bitwa oczywiście jest na samym końcu. Balkon otwarty na oścież, powietrza brak, próbuję nakierować wiatrak na ciężarną, ale też nie unikam nastawiania go co jakiś czas na siebie. Koszula klei się do grzbietu, klei się do brzucha, tego dnia lub dzień wcześniej byliśmy w tesco, jedna z chyba dwóch wypraw w tym roku, kupiłem mnóstwo browarów, dla mnie mnóstwo to 14. Wszystkie co do jednego się rozeszły. Oczywiście po ukończeniu "Krzyżaków" jedziemy ze Spajkiem, z którego już kompletnie nic nie pamiętam, to chyba byli "Clockers"...

Sytuacja nr 2. Ze trzy tygodnie później wracamy z Katowic, z Offu. Wyjazd jest mistrzowski. Pamiętam chwilę, gdy jakoś o 23 w podskokach biegniemy między ludźmi do namiotu na koncert The Very Best, tańcząc, skacząc, wydaje mi się nawet, że zrobiłem wtedy gwiazdę, chociaż przecież nigdy w życiu nie umiałem jej zrobić. To był dzień, przez który raczej się oszczędzaliśmy. Podbiliśmy serce właściciela knajpy umieszczonej tuż przed terenem festiwalowym. Częstował nas wódką, która z miejsca się skończyła. Pojechał po kolejne siedem butelek (sugerowaliśmy siedemdziesiąt; oraz trzeźwego kierowcę). Dostaliśmy później informację, że wódka jest, ale gdy dotarliśmy biegiem do knajpy, już nie było. Trzymałem gdzieś sms-y z tego namierzania się na ogromnym terenie, z informacjami o zaklepanych leżakach albo stołach... Któregoś dnia, włócząc się po mieście w południe, J nabył legalny środek w sklepie po schodkach w dół. Nazwaliśmy go "kuracjuszem" od nazwy wody mineralnej, którą widzieliśmy w sklepie tuż przed pojechaniem na powrotny pociąg. Był Kuracjusz i Mały Kuracjusz (0,5 litra). Na drogę wziąłem czipsy i jakieś browary, chłopcy postanowili oprócz piwa pójść w wżg (2x0,2, ale nie jestem pewien). Ania podłączyła się później pod te wszystkie wynalazki, ja też byłem częstowany. Pamiętam minę naszego współpasażera (też miał ze sobą browar, i to jakiś z middle upper półki), gdy okazało się, że u nas po browarach wjeżdża wódka. Pamiętam sierpniowe słońce, gdy wysiedliśmy na Zachodnim i poszliśmy skrótem na Prymasa. Znaczy w kierunku Prymasa. Słońce było tak przepiękne, a plecaki tak lekkie, że zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na rozjazdach torów i westchnęliśmy kuracjuszem, z uwagi na otaczającą nas przyrodę otworzyliśmy ostatniego lecha. A może to był heineken? Staliśmy tam i napawaliśmy się dniem, latem, powietrzem i tym światłem. Gdy przyjechało po nas 184, nie mogliśmy przestać się śmiać. Całą drogę przejechaliśmy z oczami przymkniętymi od śmiechu, dlatego pamiętam tylko najostrzejszy zakręt z Ordona w Wolską, gdy otworzyłem oczy, żeby sprawdzić, co się dzieje. Poszliśmy z Anią prosto na najlepszą pizzę w mieście w naszej obskurnej Arabelli. Jeszcze przez jakiś czas wymienialiśmy sms-y pokoju z towarzyszami podróży, którzy byli już u siebie, ale wciąż szczęśliwi. A my później, już w domu, z najczystszym sumieniem świata, pod najszczerszym uśmiechem letniego słońca zrywaliśmy miłości czereśnie.

Jeśli więc ktoś życzy mi spełnienia marzeń albo tego, żeby 2011 był tak dobry jak 2010, to życzy mi tego właśnie.

piątek, 24 grudnia 2010, kurious_oranj
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: K, 89-74-124-160.dynamic.chello.pl
2010/12/24 23:40:42
jakie to piekne :) zycze Ci wiec wlasnie takiego roku :) zaluje ze nie bylo mnie z Wami w Katowicach, chociaz smsami prawie bylam.. pamietam koncert Valentino, mial leciec na zywo na Trojce, sluchalam z Edkiem w domu, J. wyslal mi smsa ze bedzie do mnie krzyczal miedzy piosenkami... i slyszalam go ;))
-
2010/12/25 00:14:34
oj tak! dołączam się do życzeń przedmówczyni. Miło również dowiedzieć się, że miałem większy lub mniejszy udział w obu momentach... słońce, lato, miłość. niech lato trwa dłużej, niech słońce będzie bardziej miłosierne a miłość niech się nigdy nie kończy.
a tak odnośnie pisania to ostatnio odnalazłem swoje wpisy i część z nich zarchiwizowałem na kompie. stało się to zresztą za Twoją sprawką (śledzik na banku i sugestia że ja powinienem teksty pisać). kto wie może jeszcze wrócą czasy negatywnej pozytywki...
-
Gość: Wściekły, aaun82.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/12/25 10:36:44
Ślicznie, przyjacielu. Przez ramię czytała ciotka z Katowic, uśmiechając się promiennie.
-
2010/12/25 11:29:08
Jezeli można to ja bym życzył, żeby codziennie jutro było lepsze niż dziś.
-
2010/12/25 16:11:11
M, jak miło ten login zobaczyć znowu. to jest znak jakości :)
-
2010/12/25 16:18:26
ojej, za wcześnie się wysłało, zalety Opery. dzięki temu jest szczerze. tak samo jak z moją prośbą o teksty, którą pamiętam jak przez mgłę :)
właśnie odkryłem, że kuracjusze występują w "Jesteśmy na wczasach" Młynarskiego. a propos, mam nadzieję, że jeszcze parę miesięcy, weźmiemy wszyscy wino, trochę świeżego chleba z Kasztelana, winogrona, oczywiście kołyskę i poopalamy się na studenckim albo w takim fajnym miejscu przy torach naprzeciw jelonkowskiej fabryki czołgów.
i pamiętam K, że była transmisja i że słuchałaś. i ciągle mam też sms-a od J zaczynającego się od "jest" :)
-
Gość: s.e., 217067201162.u.itsa.pl
2010/12/27 11:40:13
Jejku jej, ja trwam w takim stanie, że sam do siebie podejść nie mogę, więc ciężko mi myśleć o momentach - ale wbrew obiegowej opinii cudze (ale nie aż tak obce znowu!) momenty działają kojąco :) Dzięki!
Pozdrowienia i życzenia, dla Ani też, jak również J z rodziną (K i "jest"? :)) i Wściekłego (aka T jak mniemam?). Oraz innych obecnych, których zdaje się osobiście nie znam.

Ponieważ piszę mając za sobą poniedziałkowy przejazd do pracy, chciałbym wszystkim życzyć, żeby więcej było przejazdów przez miasto takich jak dziś, niż takich jak na początku grudnia. Naprawdę, to pierwszy taki dzień, który udowodnił mi, że komunikacją można do pracy szybciej niż rowerem. Nie żebym często w tym roku jeździł rowerem, ale kiedy jeździłem, to czasy były porównywalne lub lepsze. A żeby dojechać tak jak dziś, to bym musiał trzymać średnią trzydzieści, a nie taki ze mnie bajker.