OLBRZYMI SUKCES!!! szewc bez korony chodzi.. dawajcie tu te najlepsze ligi.. pornografia przecież nie będzie wiecznie trwać.. chyba dalej już nie pojedziemy.. bij starszych.. nareszcie promocja, na którą czekałem.. tak naprawdę to cię nie nienawidzę przecież.. jesteśmy stworzeni dla siebie.. wiedziałem od razu, że będzie pięknie, ale chciałem, żeby była niespodzianka.. i umrze pan w tej głupiej czapce, zadowolony pan?.. jabol pank.. rastafaraje mamią.. nie jestem z wami, nie jestem z nikim.. nie zapomnij parasolki.. drań, ale słodki przecież.. mówiły jaskółki.. panie, uchowaj nas od Massive Attack.. Bóg cię kocha, no ale co mógł zrobić.. pamiętaj, że mam na kolanach czechosłowacki rewolwer.. a co ty zrobiłeś dla legalizacji?.. za talon na hokejówki lub amerykański opiekacz.. a czemu nic nie widać? a bo to hedlajstsy są, żegnaj.. śluski kląskie.. rost Mota Groweckiego, mutbol fenedżer, Peep Durtle i Zed Leppelin.. no i dobranoc, aniele.. mogę cię zjeść?.. Madonna, Sean i ja.. wstrętni są ci mężczyźni, niech mi wreszcie z oczu zginą.. bolilol!.. czemu tak pada? bo jest jesień, matołku.. raz na wozie, sześćdziesiąt razy pod wozem.. nie szkodzi, dostaniemy ich, gdy będą spali.. dlaczego parówki pakowane są po dziesięć, a hot dogi po pięć w paczce?.. i chuj na grób wiadomo komu..
wtorek, 15 listopada 2011
Pamięci tracenie

Tajemnicza kwestia przyjaźni i filmu scenarzysty Charliego Kaufmana. Wygląda na to, że oni są po to, żeby cierpliwie przekonywać nas, że nasze problemy są jedynymi na świecie. Oczywiście mogą znajdować różne uzasadnienia dla tej cierpliwości, np. że lubią słuchać ciekawych historii i tak dalej. Sądząc jednak po sobie, a tak chyba powinno to działać... sam nie do każdego mam cierpliwość i przychodzi moment, w którym słuchanie historii się kończy.

Przykry moment, również dla mnie, bo jak niemała część ludzi żywię się poczuciem winy i rozważaniem, co by było. Wierzę, że to się może zmienić, tzn. będzie mniej rozważań, a więcej absurdalnych działań. Myślę, że w tym kierunku to się toczy. A że przy okazji wyobrażam sobie, że złamię kręgosłup albo stracę władzę w rękach, słuch, a może przyszyją mi do brzucha worek - cóż, nikt nie jest doskonały.

Planów mam z każdym dniem mniej i coraz gorszą pamięć, cieszy mnie to bardzo. Właściwie to zapominam nawet, kto opowiadał mi jakąś ciekawą historię bądź komu ja opowiadałem. Zauważyłem, że utożsamiam to z osobą, z którą ostatnio dobrze się dogadywałem. Idealizuję? To chyba nie jest związane z pamięcią. Dobrze jest po prostu z kimś posiedzieć, pogadać.

23:36, kurious_oranj , cała reszta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2011
Na plecach dźwigając swój sztafaż
Przeczytałem dziś takie zdanie w recenzji nowego Łony: "Sztafaż narzędzi jest bardzo szeroki, aż musiałem sobie przypomnieć licealne lekcje polskiego". Nie zadziałało, jak widać. Wachlarz?
Lata zapieprzają, pomyślałem, gdy ktoś dał dziś komentarz do wpisu sprzed lat. "Przecież było to tak dawno, ten świat". Mam poczucie, że zacząłem tu działać strasznie dawno i widzę, że pisałem wtedy okropnie. I wiem, że mimo wszystko coś tam ktoś tam wtedy czytał i podążał za. To wymagało hartu ducha. Tak że ten komentarz był wartościowy nie dlatego, żeby miał mnie oświecić: ojej, to już tak długo. Raczej: o, szybko leci. Jak w tym dokumencie Łozińskiego, co dzieciak chodzi po parku, czy jeździ na hulajnodze, i wyciąga ze starszych ludzi rzeczy proste, ważne i osobiste. Przyjechał do mnie komentarz na hulajnodze jak lato z wiersza Brzechwy.
Przyszło mi dziś nawet do głowy parę osób z tamtych pierwszych lat, a może i miesięcy, bo tak to chyba działa, że na samym początku jest najbardziej intensywnie. Pisze się, a często nawet czyta zupełnie obcych ludzi, choćby dla zorientowania się, po co to robią, dla zyskania wzorów i wsparcia. Wpada się na nieprawdopodobne zupełnie postaci, i tak dalej. Wydaje mi się, że byłem zupełnie przeciętną postacią, z dużą potrzebą eksponowania się i zalecania. W sobotę zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy była ta półroczna wyrwa w życiorysie na trochę inną pracę, czy to było sześć-siedem, czy pięć-sześć. Okazało sie, że to ostatnie. A pisałem chyba od zero cztery. Tak, sobotnie rozmowy pokazały mi dla odmiany odległość w czasie, tak jak ta skomentowana piosenka pokazała, że zapieprzają lata.
Znów zacząłem zamawiać rzeczy na gigancie, zauważyłem, że przerwa trwała aż dwa lata, w międzyczasie tony płyt z serpenta, czasem jakieś książki, jeden numer "Notatnika Teatralnego" z muzyką sceniczną Pustek. Koncert Pustek w piątek, Nerwowe Wakacje w czwartek, nie ma czasu, śpiewał Lou Reed. Lubię Lou Reeda, powiedziała, wsadzając język w moją brodę (tak mówi księga; ja słyszę tam ucho). Wieczne dywagacje: zmądrzeliśmy czy zgłupieliśmy? Kto ukradł nam lata, kto powie, kiedy skończył się niepostrzeżenie Koterski, czy to była równia pochyła, dlaczego mam poczucie, że od lat obracam się w kręgu tych samych cytatów, melodii, autorów, skoro jednak tony nowych płyt z serpenta, sporo książek zapisanych w rejestrze, jakieś filmy. Dziś "Co nas kręci, co nas podnieca" pomyliło mi się z "Życie i cała reszta". Cztery i pół roku temu wydawało mi się, że jestem Woodym Allenem, tymczasem jestem tylko jednym z jego bohaterów. Co będzie za cztery lata i pół? Nie myślę o tym z radością.
00:07, kurious_oranj , cała reszta
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 lutego 2011
Wrocław. BTW

Podróż do Wrocławia jest daleka, a na miejscu jest zimno, choć nie aż tak jak tu (podobno). W drodze do przeczytałem książkę Jerzego Franczaka "Da capo" z zeszłego roku. W drodze z powrotem wyczytałem całą gazetę, kawałek "Polityki" i prawie całą "Śmierć czeskiego psa". Nie idzie tak szybko, bo sprzyja rozkoszowaniu się. Na miejscu, w przerwach między mroźnymi spacerami dziabnąłem "Dziurę w niebie" Konwickiego, dzieło w wieku moich rodziców. Bardzo dobry to był wyjazd, biorąc pod uwagę odstawienie komputera i zajęcie się czytaniem.

Wracając, spotkaliśmy elegancką, nie wiem, studentkę jadącą z Brzegu do Opola. Oraz pucułowate, źle ubrane na czarno, "tak krawiec kraje, jak mu materii staje" studentki jadące z Częstochowy do Radomska. A może to było Opoczno? Siedziały naprzeciw siebie, rozmawiając o bardzo ważnych sprawach uczelnianych. Obie w tym samym momencie robiły sobie manicure a la Opoczno.

poniedziałek, 21 lutego 2011
Wrocław 3. Miasto duchów

Premiera filmu "Grotowski - Flaszen" w Instytucie imienia tego pierwszego. Organizatorzy zaskoczeni na plus frekwencją. Flaszen raczej zamyślony, wciąż w dobrej w formie i szukający kontaktu z zaskakująco chłodną salą (ale sporo współpracowników Grotowskiego i L.F.). Dyskusja po filmie nie bardzo, ale wspaniała wypowiedź aktorki J.G. z dawnych lat, wciąż aktywnej teatralnie i duchowo. Rozmowa z A. nad kuflem lokalnego piwa w knajpie Spiż dużo ciekawsza i szersza. Z Instytutu wspomnienie: facet mówiący, że film wywołuje ducha Grotowskiego, a opowiada o nim drugi duch - Flaszen. Co ciekawe, obecny przecież na sali. My, Polacy (nie bójmy się tego słowa), lubimy wepchnąć na pomnik nawet tych, którzy tego nie chcą i nie dają się. Jakże fajny byłby L.F. jako nieżyjąca legenda. Gościu dodał pytanie, na które odpowiedź brzmiała: "Odpowiadałem na to pytanie tysiąc razy, na całym świecie. Jest film A, jest film B, jest książka C, to jest wszystko do obejrzenia tu w Instytucie, zapraszam". Mam wrażenie, że ta wypowiedź dotyczyła też tego wstępu o duchach. A film świetny.

Jakoś wkrótce wychodzi po polsku książka Flaszena "Grotowski & Company", a na początku czerwca ma być we Wrocławiu jego seminarium, chyba trzydniowe, nie jestem pewien. Tytuł nie zostawia wątpliwości, jest przewrotny, ironiczny, a zarazem PRAWDZIWY jak cała działalność Ludwika Flaszena: "Na odchodne".

niedziela, 20 lutego 2011
Wrocław 2. Panorama życia nocnego

Byliśmy w (na?) Panoramie Racławickiej. Zimno i wiatr, więc weszliśmy do okrągłego budynku. Z trudem i poniewczasie, bo okrążaliśmy go z niewłaściwej, jak się okazało, strony (clockwise) i w związku z tym wyprawa objęła skok z betonowego muru na betonowy chodnik. Po akcji parkingowy w budce spojrzał na nas z czułością. Zimno i wiatr, więc nie złożył nam gratulacji.

Późnym popołudniem znowu pławiliśmy się w ludowym klimacie - zaszliśmy do McDonalda w rynku. Jaki lokal, taka publiczność. Wszedł ponury młodzieniec, widać student, zbuntowany, bluza z dwoma paskami, dwie kanapki i kawa. Usiadł samotnie. Wyciągnął z torby asusa, przekątna 11 cali. Czarnego, brr. Dużo lepiej czułem się dzień wcześniej w klubie o nazwie Puzzle. Stolik na środku sali obsadzili graficy o homopowierzchowności, obradowali nad białym makiem, jeden z nich strasznie długo ściskał dłoń któregoś z kolejnych gości. Czy ten student z Maka stanie się kiedyś grafikiem z makiem? Czy zrozumie, w jakie okulary należy zainwestować i jak przycinać brodę? Czy jego fundusz na styl będzie odpowiednio wysoki? Oby, oby. Życie wrocławskich klubów będzie wtedy o niebo bogatsze.

sobota, 19 lutego 2011
Wrocław 1. Meeting place

Przyjechaliśmy do Wrocławia. Mam parę dni wolnego, mamy mieszkanie przy Rynku Solnym, więc dlaczego nie. Właściwie zastanawiam się, dlaczego nie wcześniej. Nigdy nie byłem w tym mieście, przynajmniej tak mi się wydaje, to jakieś 80 procent pewności. Im więcej lat, tym więcej wątpliwości. Możliwe, że już kiedyś tu byłem. W każdym razie chciałbym w miarę możliwości dostarczać korespondencje z kraju i ze świata. Takie reportaże. Dziś pierwszy.

Śniadanie w barze z jedzeniem płatnym za kilogram. Na drzwiach napis - kawa i herbata tylko 1,50 zł. W środku sobotnie pustki, nałożyliśmy sobie, szatan podkusił i wybrałem stolik obok pary gejów. Nie musieli się nawet odzywać (lubimy słuchać, zwłaszcza ja lubię słuchać melodii języka, nastrojów, nawet nie tak bardzo przekazywanych treści). Obcięli mnie badawczo, A. była pod wrażeniem. W ogóle mam szalone powodzenie wśród gejów, nie jest to jakaś wrocławska specyfika. Jedliśmy to stygnące (płatki, jajecznica, parówka, herbata) śniadanie, a geje mieli sprzeczkę: pff, to ma być kawa? Moja noga tu nigdy nie postanie, zostawmy tu ten syf. No słuchaj, proszę cię, musimy sprzątnąć. Zostawmy. Sprzątnijmy. "Wrocław - Meeting place".

piątek, 11 lutego 2011
Życie w sieci, ca 2005. Piękność dnia

Trzeba by zbadać, do czego służą ludziom blogi teraz, po co się je pisze. Gdy sam to robiłem regularnie, albo może gdy zaczynałem to robić, duże znaczenie miało to, że to był serwis blogów. Tak mi się wydaje teraz. Na stronę przychodzili jacyś nowi ludzie, dość prędko zaczęło się samemu zostawiać ślady, osób było raczej niewiele. Zaczynałem chyba gdzieś w jednej trzeciej eksplozji polegającej na tym, że coraz więcej osób miało dostęp do sieci, komunikatorów i blogów - to były wtedy główne sposoby realizowania się polskich internautów. Teraz jest tego wszystkiego więcej, są serwisy dla robiących zdjęcia, jest YouTube albo serwisy społecznościowe. Nie nazwałbym pisania obciachem, ale chyba nie ma aż tak dużo czytania. Internet rozwinął się w takim kierunku, że jeszcze wtedy, na koniec 2004, był w ludziach ten głód - z jednej strony zaistnienia, z drugiej śledzenia prawdziwego życia. Coś jak odbicie po kilku żenujących edycjach "Big Brothera", który od czasu nadawania w Holandii pod koniec lat 90. był w Polsce legendą, wszyscy chcieli zobaczyć, o co w tym chodzi. Chcieli prawdziwego życia. I wciąż jeszcze mogli czytać dłuższe kawałki albo kilkadziesiąt tekstów jednej osoby.

Tak to sobie wyobrażam.

Łatwo było wtedy zorganizować sobie publiczność, chętnie też zostawało się publicznością kogoś innego. Nieuniknione było spotykanie się w prawdziwym życiu z ludźmi z internetu. Gdybym się nad tym zastanowił, to chyba wszystkie te spotkania czy ich większość zdarzyły się mi do połowy roku 2005, więc w ciągu pierwszego pół roku. Kiedyś omal nie wylądowałem w Skierniewicach, ale z jednej strony zabrakło pewności, że to ma sens, a z drugiej już nawet ochoty. Okazało się, że to już nie jest potrzebne. Jedna znajomość mniej. Może z czasem przestałem myśleć prawdziwym życiem, piciem win w parku na Moczydle, u nas w jordanku, w dużym parku - na polu, na osiedlu studenckim podczas ulewy, kto teraz jest gotów nieść dwa wina przez deszcz i wiatr, żeby pić je na werandzie budynku klubowego AZS (chyba AZS). Na Polu Mokotowskim i na schodach parku za Polonią. Za Królikarnią, za Akademią Muzyczną, w parku Dreszera na Mokotowie albo Ogrodzie Krasińskich, a może to nie było wino, a może to było w słońcu i o dziewiątej rano. Chociaż wydaje mi się, że to nie odeszło, że wciąż się zdarza, tylko po prostu postaci z sieci powinny siedzieć w sieci, a mi czasu brakuje, żeby wystarczające honory oddać ludziom z krwi i kości, z którymi kiedyś spędzałem dużo życia. Zresztą w tym roku, pijąc cytrynówkę w parku Arkadia na Mokotowie w niedzielne popołudnie, słońce, dzieciaki, bułki w plecaku, kaczki, przypomniałem sobie to całe "mnóstwo możliwości". Z których, nie wiem - zrezygnowałem, zapomniałem o nich, wstydzę się to robić teraz? Z latami rozpierzcha się towarzystwo, przychodzą rozczarowania, strasznie ważne sprawy niedające odetchnąć. Chyba dlatego na urlop zazwyczaj się gdzieś wyjeżdża - żeby zostawić to Las Vegas.

Ostatnio napisała koleżanka na fb coś takiego:

Co robiłam w Warszawie 13 maja 2005 roku, dlaczego nie zapłaciłam za parking przy ul. Akademickiej i jak znalazł mnie po 5 latach warszawski ZDM z mandatem 50 zł? :D

Otóż ja dokładnie wiem, czy też może mam wyobrażenie o tym, co wtedy robiła, bo dużą część tego dnia spędziliśmy razem. Nie potrafiłem tylko umieścić tego majowego dnia w konkretnym roku - sądziłem, że to był 2006. Rozczula mnie tamten dzień czy weekend, czy dwa-trzy dni w środku tygodnia. Inna koleżanka, również nieumiejscowiony początek, idolka z dawnych lat, napisała mi parę dni temu sms-a, w nocy, typu 1.30. Nie wiedziałem o tym, bo numer był obcy, przypucowała się dopiero ze dwa dni później, gdy chciała się uniewinnić z przedstawień, jakie urządzała na imprezie wspólnych znajomych. Sms brzmiał jak wiadomość z zaświatów, od nastolatki czy nastolatka, taka szybka myśl do skontaktowania się, nie zweryfikowania, tylko potwierdzenia, że wciąż jeszcze myśli nieszablonowo. Oczywiście nie odpisałem, sms wydał mi się naiwny i nie przyszło mi do głowy, że mógł go napisać ktoś, kogo znam. Być może kiedyś odpisałbym na niego - żeby nieznana autorka dowiedziała się, że wrong number, żeby adresat jednak po paru minutach dostał swoje półtorej zdania. Teraz zamiast naprawiać świat, sam wolę lekko kopnąć rzeczywistość, wysłać sygnał dezinformujący, nadmierny albo zbyt skąpy, nieczytelny. Albo po prostu pozwolić zagubionej informacji swobodnie krążyć.

Mam problem do rozwiązania, raczej życiowy, bo trudno mi oddychać ostatnio. Powtarza się sytuacja sprzed paru lat, gdy kilka spraw wisiało nade mną, nie mogłem przyspieszyć rozstrzygnięć, mogłem tylko bez sensu machać łopatą na oślep. Niezupełnie jestem w stanie przewidzieć wydarzenia najbliższych dni, a mogą się jednak stać rzeczy wyraźne. Może się nie stać nic. Cieszę się, że nie dolega mi pogoda, że na razie nikt nie sprzedał mi przedwiosennego wirusa. Dziś nawet było widać trochę słońca. Jeszcze trochę się przemęczę i nastąpi "cieplejsze pół roku" czy też "cieplejsza jedna trzecia roku". Upały stulecia, edycja trzecia. Przejrzana i poprawiona.

Wiemy, że miewam często problem z komputerem czy może z siecią. Teraz włączyłem go tylko po to, żeby z grubsza zebrać myśli. Tak, obejrzałem w końcu "American Beauty".

piątek, 24 grudnia 2010
Tribute

Jestem już w środku świąt, bo w niedzielę muszę jechać do pracy. Przypomniano mi wczoraj zeszłoroczny cykl dniówek. Dopiero jak wczoraj tu zajrzałem (no niezupełnie tu, bo teraz piszę z mejla), zorientowałem się, że to już rok, i że to się zamknęło z końcem 2009. Ten cykl. Zobaczyłem jeszcze raz sporo fajnych rzeczy, zwłaszcza ten link do piosenki z filmu z Julią Roberts. Oraz wspomnienie kobiety myjącej okna na robotniczej Woli w przeddzień Wigilii, w przednoc. Zapomniałem o niej zupełnie, ale trafiłem akurat na to zdanie i okazało się, że pamiętam kolor światła i kształt jej cienia. Chyba trzeba więcej pisać, ale mniej bzdur. Może też piszę teraz dlatego, że dostałem dziś netową kartkę od jednej koleżanki z blogów, sms-owe życzenia od innej też poznanej przez ten cały system i mejla od trzeciej, z którą równie fajnie nam się spotykało i która tu zawsze była. A ogólnie ludzie słabo dziś piszą, na szczęście, więc moje odpisywanie im było szczere i miłe.

Mam więc te święta, wskutek presji ciotki obejrzałem wieczorne wiadomości na każdym z głównych kanałów i w TVP zobaczyłem moją koleżankę z roku, zajmuje się teraz bardzo ważnymi sprawami, pracuje w Itace i szuka ludzi. To było u rodziców, zawsze tam się spotykamy w święta. Wróciłem do domu i znalazłem jakieś spamowe życzenia na fb, i wśród spamowanych osób była też ona właśnie, jakiś kompletny przypadek, nie wiedziałem, że używa fb, że ma tam profil. Jest świetna, tzn. była, gdy ją znałem, a znałem strasznie słabo, bo to latawiec był, a ja jeszcze mniej niż teraz. Dość mocna, skrzecząca, konsekwentna, przewrotna i, jak się okazało pod koniec, zorganizowana. Oboje byliśmy wśród trzech osób, które złożyły egzamin magisterski jako pierwsze i jedyne w sesji letniej. Pewnie ktoś się jeszcze wyrobił na wrzesień, my byliśmy w czerwcu. Prawie nic nie pamiętam z tego dnia, poza wnętrzem kwiaciarni i kawą z moją przyjaciółką we W Biegu Cafe przy dawnym kinie Moskwa. To by znaczyło, że przyjaciółka nie była trzecią osobą, która zdała tego dnia.

To nie było jeszcze wszystko o tym myciu okna w przedostatniej chwili, miałem się odnieść do tego w ten sposób, że sam dziś spędziłem kawał czasu przez pójściem do rodziców na wigilię na pakowaniu prezentów, odkurzaniu i myciu kibla. Oczywiście nie starczyło świątecznego papieru do pakowania. Byłem też dziś w lokalnym sklepie trzy razy, w tym środkowy bez pieniędzy. A na koniec okazało się, że była to chyba najlepsza wigilia, jaką u nas pamiętam, żadnej awantury, trochę przekomarzania się w sprawach bieżących, ale ogólnie elegancja i szyk. Siostra i ciotka w siódmym niebie, trafił swój na swego. Dwa dni po osiem godzin spędziły na zakupach, pierwsza zadowolona, że ma zajebiste rzeczy, część z nich bardzo tania, a druga zachwycona, że wreszcie trafiła z prezentami. Wiem nawet, że jeden z zamówionych prezentów kupił dla mnie (przez internet) ojciec, więc naprawdę było wyjątkowo.

I pierwszy raz sam podrzuciłem pod choinkę prezent dla siebie. Nawet go podpisałem.

Jest w tym wszystkim coś z pękania serca, w życzeniach, w uważniejszym spojrzeniu na siebie, w tym - miejmy nadzieję - zwolnieniu tempa, potrzebnym. Dostaję życzenia od osób niezupełnie mi najbliższych, już takie trochę noworoczne, żeby było w ogóle cudownie i tak dalej... Przychodzą mi do myśli dwie sytuacje z roku 2010, które były najwspanialsze. Sytuacja nr 1. Połowa lipca, piątek, zapraszamy znajomych na obejrzenie jakiegoś filmu Spike'a Lee, ma się rozstrzygnąć później, jakiego - zobaczymy, kto przyjdzie. Panują potworne upały, prawdopodobnie jest to najgorętszy i najbardziej parny dzień roku. K w zaawansowanej ciąży, jakby ostatnie chwile łażenia gdzie popadnie. S i B jadący do nas z jakiejś imprezy, z pewnością też R, chyba bez B, prawdopodobnie T, chociaż nie pamiętam go z tego dnia. W każdym razie jakieś ogromne tłumy na tej nie za dużej kanapie, przed kineskopowym LG, i moment, w którym głosujemy, bo mamy nowe informacje na temat dzisiejszej ramówki. Zremasterowani "Krzyżacy" w TVP czy Spike z divxa? J bardzo prosi o "Krzyżaków", chciałby zobaczyć scenę bitwy pod Grunwaldem. Po dyskusjach ulegamy. Oglądamy prawie od początku, ten film leci ciurkiem od 20 do 24, bitwa oczywiście jest na samym końcu. Balkon otwarty na oścież, powietrza brak, próbuję nakierować wiatrak na ciężarną, ale też nie unikam nastawiania go co jakiś czas na siebie. Koszula klei się do grzbietu, klei się do brzucha, tego dnia lub dzień wcześniej byliśmy w tesco, jedna z chyba dwóch wypraw w tym roku, kupiłem mnóstwo browarów, dla mnie mnóstwo to 14. Wszystkie co do jednego się rozeszły. Oczywiście po ukończeniu "Krzyżaków" jedziemy ze Spajkiem, z którego już kompletnie nic nie pamiętam, to chyba byli "Clockers"...

Sytuacja nr 2. Ze trzy tygodnie później wracamy z Katowic, z Offu. Wyjazd jest mistrzowski. Pamiętam chwilę, gdy jakoś o 23 w podskokach biegniemy między ludźmi do namiotu na koncert The Very Best, tańcząc, skacząc, wydaje mi się nawet, że zrobiłem wtedy gwiazdę, chociaż przecież nigdy w życiu nie umiałem jej zrobić. To był dzień, przez który raczej się oszczędzaliśmy. Podbiliśmy serce właściciela knajpy umieszczonej tuż przed terenem festiwalowym. Częstował nas wódką, która z miejsca się skończyła. Pojechał po kolejne siedem butelek (sugerowaliśmy siedemdziesiąt; oraz trzeźwego kierowcę). Dostaliśmy później informację, że wódka jest, ale gdy dotarliśmy biegiem do knajpy, już nie było. Trzymałem gdzieś sms-y z tego namierzania się na ogromnym terenie, z informacjami o zaklepanych leżakach albo stołach... Któregoś dnia, włócząc się po mieście w południe, J nabył legalny środek w sklepie po schodkach w dół. Nazwaliśmy go "kuracjuszem" od nazwy wody mineralnej, którą widzieliśmy w sklepie tuż przed pojechaniem na powrotny pociąg. Był Kuracjusz i Mały Kuracjusz (0,5 litra). Na drogę wziąłem czipsy i jakieś browary, chłopcy postanowili oprócz piwa pójść w wżg (2x0,2, ale nie jestem pewien). Ania podłączyła się później pod te wszystkie wynalazki, ja też byłem częstowany. Pamiętam minę naszego współpasażera (też miał ze sobą browar, i to jakiś z middle upper półki), gdy okazało się, że u nas po browarach wjeżdża wódka. Pamiętam sierpniowe słońce, gdy wysiedliśmy na Zachodnim i poszliśmy skrótem na Prymasa. Znaczy w kierunku Prymasa. Słońce było tak przepiękne, a plecaki tak lekkie, że zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na rozjazdach torów i westchnęliśmy kuracjuszem, z uwagi na otaczającą nas przyrodę otworzyliśmy ostatniego lecha. A może to był heineken? Staliśmy tam i napawaliśmy się dniem, latem, powietrzem i tym światłem. Gdy przyjechało po nas 184, nie mogliśmy przestać się śmiać. Całą drogę przejechaliśmy z oczami przymkniętymi od śmiechu, dlatego pamiętam tylko najostrzejszy zakręt z Ordona w Wolską, gdy otworzyłem oczy, żeby sprawdzić, co się dzieje. Poszliśmy z Anią prosto na najlepszą pizzę w mieście w naszej obskurnej Arabelli. Jeszcze przez jakiś czas wymienialiśmy sms-y pokoju z towarzyszami podróży, którzy byli już u siebie, ale wciąż szczęśliwi. A my później, już w domu, z najczystszym sumieniem świata, pod najszczerszym uśmiechem letniego słońca zrywaliśmy miłości czereśnie.

Jeśli więc ktoś życzy mi spełnienia marzeń albo tego, żeby 2011 był tak dobry jak 2010, to życzy mi tego właśnie.

22:41, kurious_oranj , cała reszta
Link Komentarze (7) »
niedziela, 31 października 2010
Układ słoneczny

Po co słońce?
Po co księżyc?
Te planety?
Cały świat?
Po co dzień?
Po co noc?
Po co mi ten układ?

Marcin Pryt panuje nad moimi myślami, odruchami, wszystkim. Poszedłem na koncert 19 Wiosen, na którym (w mieście stołecznym) widzów było poniżej 19. "Weź to zrób, bo później mnie będziesz męczył gadaniem, że trzeba było spróbować". Wytworzyła się bardzo ciekawa sytuacja, w której prawdopodobnie należy podjąć jakieś decyzje. Oprócz tego, że wyciągnąłem legendarną kartkę, mam też drugą. Notuję na niej swoje zajebiste życiowe cele, o strategiach realizacji pomyślę może jutro, ale jakiś szkieletor konstrukcyjny musi być. Sprzątanie, pranie, wieszanie, mycie okien sprzyja uzupełnianiu tych dwóch kartek. Podziękowania się należą co najmniej trzem osobom.

A dalej jest już tylko plaża.

14:21, kurious_oranj , cała reszta
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
Nie kradnij

Broken Social Scene piszą we wkładce do nowej płyty, że "robią z ludźmi, którym ufają" and that's the way you do it, kids. Wczoraj dzień cudowny, mały cheat w pracy, obiad przedłużony o półtora obiadu, rozmowa ze znajomą (nieznajomą?). Wieczorem te same uroczystości co dwa tygodnie temu, tym razem udało mi się wrócić do domu półtorej godziny wcześniej, wszystko to gdzieś ze sobą się łączy. W obu sytuacjach w którymś momencie, powiedzmy, że na drugi oddech, rzuciłem do dyskusji piątkowe wyznanie mojej bardzo dobrej znajomej, która powiedziała mi, że jej celem jest mieć wybór i nie przejmować się pieniędzmi. Móc sobie zawsze pozwolić na coś, co jej się spodoba.

Z początku taka koncepcja wzbudziła mój gwałtowny sprzeciw, przecież to zupełne wariactwo. Nie ma pieniędzy, których nie dałoby się rozpieprzyć na głupoty. Nie ma przedmiotów dających szczęście. Nie ma rzeczy, które mogą być tym, co obiecują. Nie ma tak dużej pensji, że można byłoby na niej poprzestać. Później zacząłem się zastanawiać nad tym razem z nią, coraz lepiej to rozumieć, a mimo wszystko nie jestem w stanie przyjąć jej punktu widzenia. Wózek dziecięcy za kilkanaście tysięcy (jej starszy brat) jest lepszy od wózka za kilka tysięcy (jej średni brat). To są w ogóle wózki za kilkanaście tysięcy? I tak w kółko. Samochód przydawałby mi się kilka razy w roku, więc go nie mam. Nigdy nie będę zarabiał kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie i jestem z tego tytułu szczęśliwy, bo to, jak zarabiam, nie powoduje wrzodów żołądka, nie wymaga picia na umór ani sypania koksu w tryby ludzkiej maszynerii. Jako nastolatek marzyłem o tym, żeby żyć gdziekolwiek, pod jakimś dachem - nie musiałbym mieć łóżka, biurka, telewizora, komputera itd., to mogłyby być kartonowe pudła. Chyba niewiele się zmieniło.

I jestem z tego zadowolony. A na zrobienie listy osób "zadzwońcie do nich, gdybym umarł" przyjdzie jeszcze czas.

(Pisałem w środę mejlem, ale nie wysłałem. Znak czasu?).

środa, 18 sierpnia 2010
Zaraza ruina, wszystko gruz i kurz
Oglądaliśmy w niedzielę dla oddechu DVD Mitchów, które już dłuższy czas temu kupiłem w tym sklepie internetowym z Lublina. Wydało mi się ciekawsze od ich ostatniej płyty, pewnie dlatego, że wydane sporo przed nią zawiera sporo materiału z drugiej, najbardziej przystępnej płyty. Może powinienem o tym napisać szerzej? Mam teraz taki plan, żeby popisać trochę więcej, sprawdzić, jak płynnie mi to idzie. Parę lat temu dużym wysiłkiem udało mi się dość regularnie formułować myśli, w formę może niezbyt przystępną, ale dla kilku osób zrozumiałą i jakoś tam cenną. Później przyszedł czas wejścia na pierwszą linię, publikowania, poszło. Przyzwyczaiłem się do pisania. Poszły nawet pierwsze większe, syntetyczne rzeczy, ale ciągle mam z tym problem. Co jakiś czas przytomnieję i wraca zrozumienie, że nie zdołam przesłuchać i przeczytać wszystkich źródeł, zanim wezmę się do pisania. Kończę już, przerywając innymi książkami, biografię Kapuścińskiego. W ocenie jego przyjaciół i samego Domosławskiego facet może nie zawsze miał pozbierane wszystkie dane, ale o jego sile stanowił przejrzysty język i talent do obserwacji, do refleksji nad szczegółem. Nie wszystko zostało jeszcze powiedziane i nie wszystko jest oczywiste i jasne dla czytelnika. To, co się daje, powinno oczywiście być szczere, przemyślane, gorące, ale zarazem jakoś świeże, inne, własne. Samą wiedzą trudno jest coś zwojować w tekście nieprzeznaczonym dla specjalistów.

Zapomniałem, o czym miałem pisać, więc kończę.
13:42, kurious_oranj , cała reszta
Link Komentarze (5) »
środa, 04 sierpnia 2010
Czas pauza
Wzburzony wracałem do domu bardzo rano, ale spałem dobrze, tylko krótko. Miałem spotkanie z głosem ulicy (ostatecznie wydygał). Wyrzuty sumienia, że potraktowałem jak psa, patrząc w oczy dłużej, niż powinienem. Już w piątek rano jedziemy na festiwal, a ja mam kilkugodzinny deficyt snu nie do nadrobienia, bo praca dziś i jutro, długo w noc. Oby pogoda dopisała i w pociągu była opcja. Sypię się czasowo, bo trzeba się spakować, trzeba odebrać z naprawy grające pudło (ale nie dziś - więc pewnie jutro - jak, jak, jak...), trzeba wyprasować tysiąc koszul, stare zapasowe okulary (jakie to słowo jest staromodne) miały być wczoraj-dziś, nie ma, więc jadę bez zapasu.

Dziwna rzecz. Wczoraj rozmawiałem o kimś dla mnie ważnym, że chciałbym dowiedzieć się, co z nią, kim jest. Dziś ta postać przypomniała się sama, wyświetliła się w tym nieszczęsnym FB i mniej więcej widzę po zdjęciach kim. Najbardziej ogarnięta i sensowna osoba przez wszystkie te lata. Może jednak spróbować?
13:08, kurious_oranj , cała reszta
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 lipca 2010
Jak pisać blog nie przez stronę blox.pl, bo piszę nie to, co chcę

Są chyba jakieś metody pisania bloga bez używania strony blox.pl, więc jeśli kto zna temat, to chętnie o tym poczytam, gdyż niepotrzebnie zbłądziłem. To Lem powiedział, że nie wiedział, iż jest tylu idiotów na świecie, dopóki nie wszedł do internetu. Ja natomiast przez stronę główną wpadłem na blog niejakiej NJN, występującej pod nickiem bodaj nacjonalistka. Cytując Woody'ego Allena, ostatnio tak dobrze bawiłem się na procesie norymberskim.

Jeśli ta postać reprezentuje typ, jakieś młode (rocznik '91) pokolenie nacjonalistów czy coś w tym rodzaju, to my - żydzi, masoni i cykliści - możemy spać spokojnie. Więcej takich bufonów na tzw. prawicy, zagubionych między ateizmem a wojującym katolicyzmem, puszczających oko w ziejącą pustkę, zadufanych w sobie i przekonanych o swojej wyjątkowości. Laska pisze dramaty, wiersze, hymny (na melodię utworu zespołu ze zgniłej Holandii, który gra "metal symfoniczny" - I told you - mającego kontrakt z koncernem będącym właścicielem połowy świata). Nacjonalistka wie tak zwane niejedno o UB, na swojej stronie zamieściła nawet testament (się wie, UB ma długie macki), ale niestety nie potrafi umieścić linku we wpisie. To, co zajmuje ją całą, jest tak żałośnie nadęte, szyte grubymi nićmi, przekonane o własnej słuszności, że zęby bolą. Już pół biedy z  nieszczęsnym tematem, który ją tak rozpala - ja na przykład bardzo chętnie poczytam recenzje płyt grupy Leszek Bubel Band. Chodzi mi tylko o to traktowanie całego świata z góry. Żołnierski humor. Chyba na serio pisane wiersze - w rytmie marsza, wyliczanki. Poczytajcie te oburzone listy do Amnesty International, te postulaty kary śmierci za aborcję, dramaty z faszystowsko-komunistycznymi przygodami, humanizm stop!...

Zatem były kandydat na prezydenta zmierza po Grammy, przepraszam Fryderyka, PPN i NOP wciąż walczą i walczą (z pchłami), a poniżej próbka myślenia dumy nacjonalizmu. Ciekawy pomysł: językoznawstwo to przeciwieństwo polonistyki...

Co zamierzam robić po maturze? Nie wiem. Wszystko zależy od tego, czy zdam obowiązkową maturę z matematyki, a to jest baaardzo mało prawdopodobne. Właściwie, nie mam na to szans, chociaż niektórzy ludzie przekonują mnie, iż czasami w szkołach zdarzają się cuda. Jeżeli zdam maturę z matmy (i z pozostałych przedmiotów), to pójdę na studia. Ale na jakie? Zawsze marzyłam o politologii, jednak kilka razy zetknęłam się z opinią, iż na uczelniach królują poglądy centrolewicowe, a samodzielnie myślący, prawicowi studenci są traktowani gorzej od tych "poprawnych politycznie". Nie wiem, czy te pogłoski są zgodne ze stanem faktycznym, ale chyba wolę nie ryzykować. Cóż więc wybrać? Może językoznawstwo? To chyba odpowiednie wyjście, bo na polonistykę, anglistykę czy dziennikarstwo się NIE wybieram. Absolutnie. Nawet nie chcę o tym słyszeć.

Jeżeli nie zdam obowiązkowej matury z matematyki (a to jest najbardziej prawdopodobny scenariusz. Zawsze byłam najlepsza z języka polskiego, ale z matmą po prostu sobie nie radziłam!), to pójdę do jakiejś szkoły policealnej. Wiem już, do jakich zawodów można się przygotowywać w takich szkołach. Jest ich nieskończenie wiele, a mnie najbardziej pociągają następujące profesje: archiwista, rejestratorka medyczna, technik administracji, księgarz. Tak, właśnie w tej kolejności. Gdybym została technikiem archiwistą, mogłabym np. pracować w Instytucie Pamięci Narodowej i segregować dokumenty UB-eków, SB-eków i tym podobnych. Warto się nad tym zastanowić, prawda?

Przykra sprawa, mało śmieszna. Nie ma się kto zająć dziećmi, biedaczyska szukają akceptacji gdziekolwiek, a później już tylko rozum śpi itd., itd.

czwartek, 08 lipca 2010
19 wiosen

Czasem gdy mam już dość dylematów moralnych i planowania swojego życia (w "Świątecznej" był Konwicki, na pytanie w rodzaju "jak żyć?" odpowiedział: "Tak, żeby dotrwać do końca"), wędruję z nudów przez facebooka, wchodząc w profile jakichś nieznanych mi ludzi, zwiedzam w ten sposób Polskę, dziś na przykład poznałem kilkanaście osób z liceum w Olkuszu, matura '10 i '09. Ogromna przewaga żałośnie wyglądających fotografii, które dziewczyny robią sobie same telefonami, wyginając się dziwnie i robiąc głupawe miny, które w założeniu mają chyba być seksowne bądź intrygujące. Zresztą chłopcy, co ciekawe, też lubią sobie robić zdjęcia tzw. do lachy. My na pewno tacy nie byliśmy, bo za naszej matury telefony komórkowe mieli nieliczni i nikt nie myślał wtedy, że będzie mieć w telefonie aparat. Ale chętnie zobaczyłbym, na czym polegała nasza żenada te dziesięć lat temu. Czy była tak powszechna, nudna i jednakowa, jak się przeciw temu buntowali bardziej kreatywni. Czy nasza buda na Woli naprawdę była ciekawsza od setek szkół w mniejszych miejscowościach. Tam jest teraz lato.

czwartek, 24 czerwca 2010
przyszłość jest niezapisana

Toczy się życie, mianowicie. Normalne dylematy. "Czy jesteście gotowi? Jesteśmy gotowi". Wydaje się, że niektórych rzeczy nie warto robić, choć chciałoby się, nie warto wracać, udawać. Lepiej na swej drodze spotkać kogoś mądrego? Czy wampiryzm to twoja ulubiona konkurencja, dziecinko? Zawsze byłem z frakcji tych, którzy się dają, nie szemrają, mimo że nie lubię, kiedy ktoś chce, żebym po nim sprzątał. Czy to już czas na zmiany? Dziwne uczucie, twarze te same, ale nie może już być tak samo.

W niedzielę były wybory, miałem pracę prawie do trzeciej, czyli to daje nam ze dwanaście godzin, ale dzień wcześniej nie omieszkałem być na ślubie koleżanki, a później oglądać meczu w świetnym towarzystwie i następnie błądzić po mieście do rana. Do domu dotarłem o 4.30 i zdążyłem obejrzeć wychodzenie zza drzew osiedla słońca w postaci czerwonej kuli.

Były pewne zbiegi.

Podczas nocnych debat o polityce i znajomych zeszło nam na tego naszego nieszczęsnego artystę pisowca i sposoby, jak go uratować. Uświadomiono mi, że on uważa mnie za straconego i dlatego traktuje trochę pobłażliwie i nigdy nie będzie rozmawiał ze mną o tym, dlaczego jest fanatykiem teorii spiskowych itd. Po krótkim śnie i zjedzeniu śniadania spotkałem go w drodze na wybory, szliśmy każdy do swojej komisji. Naprzeciw siebie. Nie powiedział słowa o polityce, mówił o Gdańsku, rodzinie, dzieciach.

Koleżanka z kolegą na ślub zażyczyli zamiast kwiatów książki. Spędzało mi to sen z powiek przez dobry tydzień, zwłaszcza dedykacja. Po krótkich rozmyślaniach na temat ciężkostrawnej klasyki zdecydowałem, że powinienem kupić coś przede wszystkim bardzo ważnego dla mnie. Przy okazji może też być docenione przez tzw. autorytety, to nie wyjdę na chłoporobotnika. Którym jestem. Nie mogę odtwarzać toku myślenia, bo może zajrzy tu ktoś, komu kiedyś będę chciał kupić jakiś prezent, i w tej sytuacji lipa wisi w powietrzu. Prezenty muszą zaskakiwać. Wybrałem "Dziennik" Gombrowicza, jest teraz całkiem dobre wydanie, dedykacja moim zdaniem musiała być najlepszą ze wszystkich dedykacji, które dostali tego dnia, a nie było ich mało. Po wyjściu z wyborów udałem się na autobus do pracy, dwa przystanki dalej wsiadł na oko dresiarz-ekshiphopowiec. Uosobienie Jelonek, bluza od dresu, skacowane spojrzenie, wystająca dolna warga, uszy małe, ale samolociarskie. Gdyby wybielić trochę Paula Pierce'a, mielibyśmy tego gościa jak malowanie. Usiadł parę miejsc ode mnie i otworzył "Dziennik" Gombrowicza.

Ostatnia rzecz, poznałem w zeszłym tygodniu świetną dziewczynę, rozmawialiśmy później trochę przez internet, bo zainteresowała się Morrisseyem, którego słuchaliśmy na wyjeździe. Od Morrisseya dotarła do Smiths i Clash. Co ja mam więcej mówić, żeby to każdemu chciało się tak szukać i udawało się znaleźć to, co najciekawsze.

Wczoraj oglądaliśmy film "500 dni miłości", a dwa dni wcześniej francuską komedię z czworokątem w tytule. Typowo allenowski, jedna z kobiet była Mią Farrow, druga tą ciemną. Muzyka identyczna. Przyjemne. Oba filmy mają przełożenie na moje myśli o jednej koleżance, oglądałem je więc z zainteresowaniem i, kurka, śmiechem też. A po tym francuskim filmie był na Canal+ dokument o Strummerze "Future Is Unwritten", który widzieliśmy pewnego lipca w Muranowie razem ze znajomymi, którzy mieli rocznicę parę dni temu. Strummer kilka godzin po rozmowie o The Clash.

Wszystko robi koło, ale za każdym razem inne koło.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61