|
Archiwum
Zakładki:
więcej - dla fanów i zboczeńców
Byłem widziałem
My frenz i can count on 1 hand
Szacuny
Tagi
|
Wpisy z tagiem: seks
piątek, 11 lutego 2011
Życie w sieci, ca 2005. Piękność dnia
Trzeba by zbadać, do czego służą ludziom blogi teraz, po co się je pisze. Gdy sam to robiłem regularnie, albo może gdy zaczynałem to robić, duże znaczenie miało to, że to był serwis blogów. Tak mi się wydaje teraz. Na stronę przychodzili jacyś nowi ludzie, dość prędko zaczęło się samemu zostawiać ślady, osób było raczej niewiele. Zaczynałem chyba gdzieś w jednej trzeciej eksplozji polegającej na tym, że coraz więcej osób miało dostęp do sieci, komunikatorów i blogów - to były wtedy główne sposoby realizowania się polskich internautów. Teraz jest tego wszystkiego więcej, są serwisy dla robiących zdjęcia, jest YouTube albo serwisy społecznościowe. Nie nazwałbym pisania obciachem, ale chyba nie ma aż tak dużo czytania. Internet rozwinął się w takim kierunku, że jeszcze wtedy, na koniec 2004, był w ludziach ten głód - z jednej strony zaistnienia, z drugiej śledzenia prawdziwego życia. Coś jak odbicie po kilku żenujących edycjach "Big Brothera", który od czasu nadawania w Holandii pod koniec lat 90. był w Polsce legendą, wszyscy chcieli zobaczyć, o co w tym chodzi. Chcieli prawdziwego życia. I wciąż jeszcze mogli czytać dłuższe kawałki albo kilkadziesiąt tekstów jednej osoby. Tak to sobie wyobrażam. Łatwo było wtedy zorganizować sobie publiczność, chętnie też zostawało się publicznością kogoś innego. Nieuniknione było spotykanie się w prawdziwym życiu z ludźmi z internetu. Gdybym się nad tym zastanowił, to chyba wszystkie te spotkania czy ich większość zdarzyły się mi do połowy roku 2005, więc w ciągu pierwszego pół roku. Kiedyś omal nie wylądowałem w Skierniewicach, ale z jednej strony zabrakło pewności, że to ma sens, a z drugiej już nawet ochoty. Okazało się, że to już nie jest potrzebne. Jedna znajomość mniej. Może z czasem przestałem myśleć prawdziwym życiem, piciem win w parku na Moczydle, u nas w jordanku, w dużym parku - na polu, na osiedlu studenckim podczas ulewy, kto teraz jest gotów nieść dwa wina przez deszcz i wiatr, żeby pić je na werandzie budynku klubowego AZS (chyba AZS). Na Polu Mokotowskim i na schodach parku za Polonią. Za Królikarnią, za Akademią Muzyczną, w parku Dreszera na Mokotowie albo Ogrodzie Krasińskich, a może to nie było wino, a może to było w słońcu i o dziewiątej rano. Chociaż wydaje mi się, że to nie odeszło, że wciąż się zdarza, tylko po prostu postaci z sieci powinny siedzieć w sieci, a mi czasu brakuje, żeby wystarczające honory oddać ludziom z krwi i kości, z którymi kiedyś spędzałem dużo życia. Zresztą w tym roku, pijąc cytrynówkę w parku Arkadia na Mokotowie w niedzielne popołudnie, słońce, dzieciaki, bułki w plecaku, kaczki, przypomniałem sobie to całe "mnóstwo możliwości". Z których, nie wiem - zrezygnowałem, zapomniałem o nich, wstydzę się to robić teraz? Z latami rozpierzcha się towarzystwo, przychodzą rozczarowania, strasznie ważne sprawy niedające odetchnąć. Chyba dlatego na urlop zazwyczaj się gdzieś wyjeżdża - żeby zostawić to Las Vegas. Ostatnio napisała koleżanka na fb coś takiego:
Otóż ja dokładnie wiem, czy też może mam wyobrażenie o tym, co wtedy robiła, bo dużą część tego dnia spędziliśmy razem. Nie potrafiłem tylko umieścić tego majowego dnia w konkretnym roku - sądziłem, że to był 2006. Rozczula mnie tamten dzień czy weekend, czy dwa-trzy dni w środku tygodnia. Inna koleżanka, również nieumiejscowiony początek, idolka z dawnych lat, napisała mi parę dni temu sms-a, w nocy, typu 1.30. Nie wiedziałem o tym, bo numer był obcy, przypucowała się dopiero ze dwa dni później, gdy chciała się uniewinnić z przedstawień, jakie urządzała na imprezie wspólnych znajomych. Sms brzmiał jak wiadomość z zaświatów, od nastolatki czy nastolatka, taka szybka myśl do skontaktowania się, nie zweryfikowania, tylko potwierdzenia, że wciąż jeszcze myśli nieszablonowo. Oczywiście nie odpisałem, sms wydał mi się naiwny i nie przyszło mi do głowy, że mógł go napisać ktoś, kogo znam. Być może kiedyś odpisałbym na niego - żeby nieznana autorka dowiedziała się, że wrong number, żeby adresat jednak po paru minutach dostał swoje półtorej zdania. Teraz zamiast naprawiać świat, sam wolę lekko kopnąć rzeczywistość, wysłać sygnał dezinformujący, nadmierny albo zbyt skąpy, nieczytelny. Albo po prostu pozwolić zagubionej informacji swobodnie krążyć. Mam problem do rozwiązania, raczej życiowy, bo trudno mi oddychać ostatnio. Powtarza się sytuacja sprzed paru lat, gdy kilka spraw wisiało nade mną, nie mogłem przyspieszyć rozstrzygnięć, mogłem tylko bez sensu machać łopatą na oślep. Niezupełnie jestem w stanie przewidzieć wydarzenia najbliższych dni, a mogą się jednak stać rzeczy wyraźne. Może się nie stać nic. Cieszę się, że nie dolega mi pogoda, że na razie nikt nie sprzedał mi przedwiosennego wirusa. Dziś nawet było widać trochę słońca. Jeszcze trochę się przemęczę i nastąpi "cieplejsze pół roku" czy też "cieplejsza jedna trzecia roku". Upały stulecia, edycja trzecia. Przejrzana i poprawiona. Wiemy, że miewam często problem z komputerem czy może z siecią. Teraz włączyłem go tylko po to, żeby z grubsza zebrać myśli. Tak, obejrzałem w końcu "American Beauty".
niedziela, 29 sierpnia 2010
Nie kradnij
Broken Social Scene piszą we wkładce do nowej płyty, że "robią z ludźmi, którym ufają" and that's the way you do it, kids. Wczoraj dzień cudowny, mały cheat w pracy, obiad przedłużony o półtora obiadu, rozmowa ze znajomą (nieznajomą?). Wieczorem te same uroczystości co dwa tygodnie temu, tym razem udało mi się wrócić do domu półtorej godziny wcześniej, wszystko to gdzieś ze sobą się łączy. W obu sytuacjach w którymś momencie, powiedzmy, że na drugi oddech, rzuciłem do dyskusji piątkowe wyznanie mojej bardzo dobrej znajomej, która powiedziała mi, że jej celem jest mieć wybór i nie przejmować się pieniędzmi. Móc sobie zawsze pozwolić na coś, co jej się spodoba. Z początku taka koncepcja wzbudziła mój gwałtowny sprzeciw, przecież to zupełne wariactwo. Nie ma pieniędzy, których nie dałoby się rozpieprzyć na głupoty. Nie ma przedmiotów dających szczęście. Nie ma rzeczy, które mogą być tym, co obiecują. Nie ma tak dużej pensji, że można byłoby na niej poprzestać. Później zacząłem się zastanawiać nad tym razem z nią, coraz lepiej to rozumieć, a mimo wszystko nie jestem w stanie przyjąć jej punktu widzenia. Wózek dziecięcy za kilkanaście tysięcy (jej starszy brat) jest lepszy od wózka za kilka tysięcy (jej średni brat). To są w ogóle wózki za kilkanaście tysięcy? I tak w kółko. Samochód przydawałby mi się kilka razy w roku, więc go nie mam. Nigdy nie będę zarabiał kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie i jestem z tego tytułu szczęśliwy, bo to, jak zarabiam, nie powoduje wrzodów żołądka, nie wymaga picia na umór ani sypania koksu w tryby ludzkiej maszynerii. Jako nastolatek marzyłem o tym, żeby żyć gdziekolwiek, pod jakimś dachem - nie musiałbym mieć łóżka, biurka, telewizora, komputera itd., to mogłyby być kartonowe pudła. Chyba niewiele się zmieniło. I jestem z tego zadowolony. A na zrobienie listy osób "zadzwońcie do nich, gdybym umarł" przyjdzie jeszcze czas. (Pisałem w środę mejlem, ale nie wysłałem. Znak czasu?). |