No ale co słychać w naszej małej, lokalnej kulturze? (Czy nie przypomina to proponowanej parę lat temu przez blond literaturoznawczynię Annę Nasiłowską dyskusji o tym, ”czy mamy literaturę, czy tylko literaturkę”?)
W ostatni czwartek jak w większość świąt kościelnych na Chłodnej wystąpił ansambl Polpo Motel, który strasznie lubię. Opera, elektronika, zabawa i zabawki, plastik i prawdziwe złoto. Coś wspaniałego i na tyle oryginalnego, że mój znajomy na podstawie moich kilku słów opisu przypomniał sobie koncert sprzed dwóch-trzech lat, prawdopodobnie ich pierwszy. Przyjechaliśmy więc na Chłodną w pogodę, która spod Pałacu Kultury im. Stalina wyglądała jak koniec świata. Spadały duże krople deszczu, było ciemno, słońce kładło się jeszcze na elewacjach kamienic w Alejach, gdy wychodziliśmy z kina. Tego wieczoru utonął Ursynów. Samobójczo zdecydowałem się zrobić podejście do filmu francuskiego, na szczęście nie był przegadany, dwie i pół godziny czegoś, co można nazwać wartką akcją, historia młodego Araba, z którego więzienie robi dość najpierw mordercę, później sprawnego kombinatora i tak dalej, na pewno kulturalni czytelnicy słyszeli i dawno widzieli. Film nazywa się "Prorok" i warto zajrzeć nań. Po filmie i koncercie spędziłem uroczy fragment wieczoru w towarzystwie gwiazd sceny i ekranu, rozmawiając o serialach polskich i amerykańskich, ukraińskiej muzyce, lokalnej sztuce tatuażu oraz tostach.
Jakoś w okolicy weekendu obejrzałem też krajowy film sprzed ponad ćwierć wieku, mianowicie "Wodzireja" Falka, to chyba jego drugi film, nagrany w zespole filmowym Wajdy (bodaj X się nazywał ten zespół). Stuhr występuje w nim jako tytułowa postać, która strasznie chce błysnąć w dość trudnym środowisku zawodowym. W materiałach dodatkowych Falk niczym Lesław z Komet opowiada o swojej sztuce w sposób nieciekawy, a ja znowu widzę więcej niż autor. Otóż reżyser zrobił film o człowieku, który idzie do celu po trupach, niszcząc innych. Ja natomiast zobaczyłem gościa, który przy okazji tego marszu do zmyślonego szczęścia bezrefleksyjnie rozpierdala własne życie w drobne chujki. No ale może to wyszło autorom niechcący, nie wiem.
Jeszcze wcześniej byliśmy w kinie na ostatniej produkcji Allena "Whatever Works". Podobno krytycy (czy też ludzie) nie są zachwyceni tym dziełem, a mi się proszę państwa podoba. To zależy, czego się oczekuje od 80-letniego reżysera. Porównać sobie proszę ze sklerotycznymi błyśnięciami talentu Wajdy (które zdarzają mu się, chyba, dużo rzadziej niż Allenowi). Allen opowiada oczywiście o inteligentach z Nowego Jorku, o miłości, własnej i kogoś do nas, i w końcu jak przez tę czyjąś wyrozumiałość dla naszej miłości własnej dochodzimy do miłości do tej osoby. Znaczy od tego się zaczyna, bo później to oczywiście kłopoty, ale kłopoty przecież wychodzą na dobre. I znowu, jak zawsze, z nieba spadają pozytywne rozwiązania trudnych sytuacji, wszyscy eksi żyją ze sobą dobrze, są te sceny zbiorowe, "kochajmy się!", a wszystko tak delikatnie przerysowane. Wychodzi się z kina z wrażeniem, że wielkomiejskie mury, ściany, stoją pod innym kątem niż wcześniej. I jeszcze podróż kolejką.
No a dzisiaj rano oglądałem drugi mecz finału NBA, pierwszy był trzy dni temu. Dziś Kobe zupełnie bezradny, ale właściwie nie wiadomo przeciw komu. Pilnujący go w pierwszym meczu Ray Allen uznał, że najlepszą obroną jest atak i trafił osiem trójek. Reszta Bostonu nic nie grała, no może Rondo i trochę Rasheed Wallace, ale Kobe szybko złapał wątpliwe faule i grał niewiele. W finałach mniej jest powtórek najlepszych akcji nocy, tygodnia, sezonu, więc w przerwach ogląda się zawodników lub cheerleaderki. Nie mogę patrzeć na te ich przyklejone uśmiechy. Plus dla NBA za to, że nie występują same chuderlaki, ale te uśmiechy są mordercze. Teraz finały jadą na trzy mecze do Bostonu i jedyną szansą gospodarzy będzie wygrać wszystkie trzy mecze. Kobe odpoczął i jeśli Lakers mają jeszcze zawrócić serię do Kalifornii, powinni wygrać pierwszy mecz. Następne będą moim zdaniem trudniejsze.
Proszę się rozglądać, patrzeć, słuchać i pisać.