|
Archiwum
Zakładki:
więcej - dla fanów i zboczeńców
Byłem widziałem
My frenz i can count on 1 hand
Szacuny
Tagi
|
Wpisy z tagiem: alkohol
poniedziałek, 21 lutego 2011
Wrocław 3. Miasto duchów
Premiera filmu "Grotowski - Flaszen" w Instytucie imienia tego pierwszego. Organizatorzy zaskoczeni na plus frekwencją. Flaszen raczej zamyślony, wciąż w dobrej w formie i szukający kontaktu z zaskakująco chłodną salą (ale sporo współpracowników Grotowskiego i L.F.). Dyskusja po filmie nie bardzo, ale wspaniała wypowiedź aktorki J.G. z dawnych lat, wciąż aktywnej teatralnie i duchowo. Rozmowa z A. nad kuflem lokalnego piwa w knajpie Spiż dużo ciekawsza i szersza. Z Instytutu wspomnienie: facet mówiący, że film wywołuje ducha Grotowskiego, a opowiada o nim drugi duch - Flaszen. Co ciekawe, obecny przecież na sali. My, Polacy (nie bójmy się tego słowa), lubimy wepchnąć na pomnik nawet tych, którzy tego nie chcą i nie dają się. Jakże fajny byłby L.F. jako nieżyjąca legenda. Gościu dodał pytanie, na które odpowiedź brzmiała: "Odpowiadałem na to pytanie tysiąc razy, na całym świecie. Jest film A, jest film B, jest książka C, to jest wszystko do obejrzenia tu w Instytucie, zapraszam". Mam wrażenie, że ta wypowiedź dotyczyła też tego wstępu o duchach. A film świetny. Jakoś wkrótce wychodzi po polsku książka Flaszena "Grotowski & Company", a na początku czerwca ma być we Wrocławiu jego seminarium, chyba trzydniowe, nie jestem pewien. Tytuł nie zostawia wątpliwości, jest przewrotny, ironiczny, a zarazem PRAWDZIWY jak cała działalność Ludwika Flaszena: "Na odchodne".
niedziela, 29 sierpnia 2010
Nie kradnij
Broken Social Scene piszą we wkładce do nowej płyty, że "robią z ludźmi, którym ufają" and that's the way you do it, kids. Wczoraj dzień cudowny, mały cheat w pracy, obiad przedłużony o półtora obiadu, rozmowa ze znajomą (nieznajomą?). Wieczorem te same uroczystości co dwa tygodnie temu, tym razem udało mi się wrócić do domu półtorej godziny wcześniej, wszystko to gdzieś ze sobą się łączy. W obu sytuacjach w którymś momencie, powiedzmy, że na drugi oddech, rzuciłem do dyskusji piątkowe wyznanie mojej bardzo dobrej znajomej, która powiedziała mi, że jej celem jest mieć wybór i nie przejmować się pieniędzmi. Móc sobie zawsze pozwolić na coś, co jej się spodoba. Z początku taka koncepcja wzbudziła mój gwałtowny sprzeciw, przecież to zupełne wariactwo. Nie ma pieniędzy, których nie dałoby się rozpieprzyć na głupoty. Nie ma przedmiotów dających szczęście. Nie ma rzeczy, które mogą być tym, co obiecują. Nie ma tak dużej pensji, że można byłoby na niej poprzestać. Później zacząłem się zastanawiać nad tym razem z nią, coraz lepiej to rozumieć, a mimo wszystko nie jestem w stanie przyjąć jej punktu widzenia. Wózek dziecięcy za kilkanaście tysięcy (jej starszy brat) jest lepszy od wózka za kilka tysięcy (jej średni brat). To są w ogóle wózki za kilkanaście tysięcy? I tak w kółko. Samochód przydawałby mi się kilka razy w roku, więc go nie mam. Nigdy nie będę zarabiał kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie i jestem z tego tytułu szczęśliwy, bo to, jak zarabiam, nie powoduje wrzodów żołądka, nie wymaga picia na umór ani sypania koksu w tryby ludzkiej maszynerii. Jako nastolatek marzyłem o tym, żeby żyć gdziekolwiek, pod jakimś dachem - nie musiałbym mieć łóżka, biurka, telewizora, komputera itd., to mogłyby być kartonowe pudła. Chyba niewiele się zmieniło. I jestem z tego zadowolony. A na zrobienie listy osób "zadzwońcie do nich, gdybym umarł" przyjdzie jeszcze czas. (Pisałem w środę mejlem, ale nie wysłałem. Znak czasu?). |