OLBRZYMI SUKCES!!! szewc bez korony chodzi.. dawajcie tu te najlepsze ligi.. pornografia przecież nie będzie wiecznie trwać.. chyba dalej już nie pojedziemy.. bij starszych.. nareszcie promocja, na którą czekałem.. tak naprawdę to cię nie nienawidzę przecież.. jesteśmy stworzeni dla siebie.. wiedziałem od razu, że będzie pięknie, ale chciałem, żeby była niespodzianka.. i umrze pan w tej głupiej czapce, zadowolony pan?.. jabol pank.. rastafaraje mamią.. nie jestem z wami, nie jestem z nikim.. nie zapomnij parasolki.. drań, ale słodki przecież.. mówiły jaskółki.. panie, uchowaj nas od Massive Attack.. Bóg cię kocha, no ale co mógł zrobić.. pamiętaj, że mam na kolanach czechosłowacki rewolwer.. a co ty zrobiłeś dla legalizacji?.. za talon na hokejówki lub amerykański opiekacz.. a czemu nic nie widać? a bo to hedlajstsy są, żegnaj.. śluski kląskie.. rost Mota Groweckiego, mutbol fenedżer, Peep Durtle i Zed Leppelin.. no i dobranoc, aniele.. mogę cię zjeść?.. Madonna, Sean i ja.. wstrętni są ci mężczyźni, niech mi wreszcie z oczu zginą.. bolilol!.. czemu tak pada? bo jest jesień, matołku.. raz na wozie, sześćdziesiąt razy pod wozem.. nie szkodzi, dostaniemy ich, gdy będą spali.. dlaczego parówki pakowane są po dziesięć, a hot dogi po pięć w paczce?.. i chuj na grób wiadomo komu..

Wpisy z tagiem: NBA

środa, 09 czerwca 2010
Wrapped up in books

Stało się mniej więcej tak, jak się spodziewałem, to znaczy Lakers, mimo że w pierwszych minutach Garnett trzy razy ośmieszył Gasola, pocisnęli Celtics i wygrali mecz nr 3. Rywalizacja wraca do punktu wyjścia (porównując finały NBA do tenisa, najpierw Boston przełamał Lakers, teraz przewagę roztrwonił). Dlatego rywalizacja wróci do LA i pewnie w szóstym czy siódmym meczu Kobe przechyli przysłowiową szalę na stronę gospodarzy, a ja tego nie zobaczę, gdyż będę spędzał urlop na działce zaopatrzonej w antenę do odbioru meczów mistrzostw świata, ale już nie Canal+.

A co mogę powiedzieć w kontekście reportażu o bibliotekarkach z "Wysokich Obcasów"? Skończyłem "Aleję Niepodległości" mojego ulubieńca Vargi, rzeczywiście mimo pewnych mocnych zagrywek nie jest to miazga na miarę "Nagrobka z lastryko", raczej taki oddech między większymi książkami, po drodze był przecież bardzo doceniony "Gulasz z turula". Czytać warto, bo prawie wszystko warto, a jak autor ma wyczucie języka, to już na pewno warto. Uderzające jest podobieństwo do równie warszawskiej "Toksymii" Rejmer, gdzie podobnie jak u Vargi mamy bohaterów wyłącznie antypatycznych i żałosnych. Bohater Vargi tak pisze o mieszkańcach stolicy:

Jesteśmy bohaterami "Simów", ktoś nas ubiera w śmieszne ciuchy, dobiera nam kolor włosów i oczu, znajduje nam jałowe zajęcia, każe wchodzić w międzyludzkie relacje, a potem z nich wychodzić, dzięki czemu zdobywamy i tracimy punkty, a ten, kto nazbiera najwięcej wstydu i zażenowania, wygrywa i potem się go kasuje.

Mi się takie oswajanie codziennej kaszany i bezcelowości życia podoba, pewnie go potrzebuję. Poza tym jak zwykle słaba w Czarnym korekta znalazła się w opałach, gdy przyszło odmieniać angielskie nazwiska, jako młodzi pasjonaci książek nie wiedzą, jak się pisze Kim Basinger itd.

Teraz czas wziąć się wreszcie do książki Domosławskiego o Kapuścińskim, jeśli wciąga tak, jak się o niej mówi, to pewnie niedługo stawi mi opór, bo ostatnio mam więcej energii do czytania.

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Sceny zbiorowe

No ale co słychać w naszej małej, lokalnej kulturze? (Czy nie przypomina to proponowanej parę lat temu przez blond literaturoznawczynię Annę Nasiłowską dyskusji o tym, ”czy mamy literaturę, czy tylko literaturkę”?)

W ostatni czwartek jak w większość świąt kościelnych na Chłodnej wystąpił ansambl Polpo Motel, który strasznie lubię. Opera, elektronika, zabawa i zabawki, plastik i prawdziwe złoto. Coś wspaniałego i na tyle oryginalnego, że mój znajomy na podstawie moich kilku słów opisu przypomniał sobie koncert sprzed dwóch-trzech lat, prawdopodobnie ich pierwszy. Przyjechaliśmy więc na Chłodną w pogodę, która spod Pałacu Kultury im. Stalina wyglądała jak koniec świata. Spadały duże krople deszczu, było ciemno, słońce kładło się jeszcze na elewacjach kamienic w Alejach, gdy wychodziliśmy z kina. Tego wieczoru utonął Ursynów. Samobójczo zdecydowałem się zrobić podejście do filmu francuskiego, na szczęście nie był przegadany, dwie i pół godziny czegoś, co można nazwać wartką akcją, historia młodego Araba, z którego więzienie robi dość najpierw mordercę, później sprawnego kombinatora i tak dalej, na pewno kulturalni czytelnicy słyszeli i dawno widzieli. Film nazywa się "Prorok" i warto zajrzeć nań. Po filmie i koncercie spędziłem uroczy fragment wieczoru w towarzystwie gwiazd sceny i ekranu, rozmawiając o serialach polskich i amerykańskich, ukraińskiej muzyce, lokalnej sztuce tatuażu oraz tostach.

Jakoś w okolicy weekendu obejrzałem też krajowy film sprzed ponad ćwierć wieku, mianowicie "Wodzireja" Falka, to chyba jego drugi film, nagrany w zespole filmowym Wajdy (bodaj X się nazywał ten zespół). Stuhr występuje w nim jako tytułowa postać, która strasznie chce błysnąć w dość trudnym środowisku zawodowym. W materiałach dodatkowych Falk niczym Lesław z Komet opowiada o swojej sztuce w sposób nieciekawy, a ja znowu widzę więcej niż autor. Otóż reżyser zrobił film o człowieku, który idzie do celu po trupach, niszcząc innych. Ja natomiast zobaczyłem gościa, który przy okazji tego marszu do zmyślonego szczęścia bezrefleksyjnie rozpierdala własne życie w drobne chujki. No ale może to wyszło autorom niechcący, nie wiem.

Jeszcze wcześniej byliśmy w kinie na ostatniej produkcji Allena "Whatever Works". Podobno krytycy (czy też ludzie) nie są zachwyceni tym dziełem, a mi się proszę państwa podoba. To zależy, czego się oczekuje od 80-letniego reżysera. Porównać sobie proszę ze sklerotycznymi błyśnięciami talentu Wajdy (które zdarzają mu się, chyba, dużo rzadziej niż Allenowi). Allen opowiada oczywiście o inteligentach z Nowego Jorku, o miłości, własnej i kogoś do nas, i w końcu jak przez tę czyjąś wyrozumiałość dla naszej miłości własnej dochodzimy do miłości do tej osoby. Znaczy od tego się zaczyna, bo później to oczywiście kłopoty, ale kłopoty przecież wychodzą na dobre. I znowu, jak zawsze, z nieba spadają pozytywne rozwiązania trudnych sytuacji, wszyscy eksi żyją ze sobą dobrze, są te sceny zbiorowe, "kochajmy się!", a wszystko tak delikatnie przerysowane. Wychodzi się z kina z wrażeniem, że wielkomiejskie mury, ściany, stoją pod innym kątem niż wcześniej. I jeszcze podróż kolejką.

No a dzisiaj rano oglądałem drugi mecz finału NBA, pierwszy był trzy dni temu. Dziś Kobe zupełnie bezradny, ale właściwie nie wiadomo przeciw komu. Pilnujący go w pierwszym meczu Ray Allen uznał, że najlepszą obroną jest atak i trafił osiem trójek. Reszta Bostonu nic nie grała, no może Rondo i trochę Rasheed Wallace, ale Kobe szybko złapał wątpliwe faule i grał niewiele. W finałach mniej jest powtórek najlepszych akcji nocy, tygodnia, sezonu, więc w przerwach ogląda się zawodników lub cheerleaderki. Nie mogę patrzeć na te ich przyklejone uśmiechy. Plus dla NBA za to, że nie występują same chuderlaki, ale te uśmiechy są mordercze. Teraz finały jadą na trzy mecze do Bostonu i jedyną szansą gospodarzy będzie wygrać wszystkie trzy mecze. Kobe odpoczął i jeśli Lakers mają jeszcze zawrócić serię do Kalifornii, powinni wygrać pierwszy mecz. Następne będą moim zdaniem trudniejsze.

Proszę się rozglądać, patrzeć, słuchać i pisać.